InicioBlogjak nie pobladzic

jak nie pobladzic

5 maja 2026 · ~6 min czytania
jak nie pobladzic
Gdybym miała zacząć jeszcze raz – zrobiłabym to zupełnie inaczej.
Zaczęło się, jak u większości – od marzenia. Chciałam mieć własne miejsce w Hiszpanii, blisko morza, gdzie mogłabym odpoczywać, przyjeżdżać z rodziną, może kiedyś pomyśleć o przeprowadzce na stałe. Costa del Sol wydawała się idealna: słońce przez cały rok, piękne widoki, dobra infrastruktura i mnóstwo ofert.
Zaczęłam od przeglądania ogłoszeń. Przez kilka tygodni klikałam wszystko, co wyglądało atrakcyjnie: nowoczesne apartamenty z widokiem na morze, wille z basenem, inwestycje „kilka metrów od plaży”. Pisałam zapytania, zapisywałam się na newslettery, zostawiałam numer telefonu. I wtedy się zaczęło.
Codziennie dostawałam po kilka, czasem kilkanaście wiadomości – od różnych agencji, z różnych numerów, z ofertami, które zupełnie nie pasowały do moich oczekiwań. Miałam wrażenie, że nikt nie czytał, czego szukam – tylko wrzucano mnie do jakiegoś systemu, który działał na zasadzie „może coś chwyci”.
Po kilku tygodniach byłam zmęczona. Miałam w głowie chaos. Przestałam odpisywać, nie odbierałam telefonów. Mimo że miałam poważne zamiary, zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens.
Postanowiłam, że jednak pojadę na miejsce – może jak zobaczę wszystko na żywo, łatwiej będzie mi się zdecydować. Umówiłam się z kilkoma agentami, którzy nie mogli się doczekać mojego przyjazdu i wspólnego objazdu oraz oglądania interesujących ofert. Oglądaliśmy różne nieruchomości (a raczej makiety). Trzem z nich miałam okazję przyglądnąć się bardzo dokładnie, bo zostałam przywieziona w to samo miejsce przez różnych agentów. Ale większość była zupełnie nie taka, jak na zdjęciach.
Mieszkania bez obiecanego widoku na morze (widok ten był dostępny tylko z górnych pięter, gdzie mieszkania były zdecydowanie poza moimi możliwościami finansowymi), w dziwnych miejscach, oddalonych od siedzib ludzkich. Agentki przekonywały mnie, że „to świetna okazja”, że „w tej cenie nic lepszego nie znajdę”, że „trzeba się spieszyć”. Kiedy zwracałam uwagę, że prezentowane nieruchomości nie spełniają kryteriów, które określiłam przed przyjazdem, sugerowano mi, że trzeba zwiększyć budżet, zmienić lokalizację na mniej prestiżową lub zrezygnować z marzeń o widoku na morze, bliskości plaży, południowej ekspozycji czy kameralności.
Zaczęłam się zastanawiać, co takiego się w tej Hiszpanii zdarzyło w ciągu kilku tygodni (od czasu umawiania się z agentami do mojego przyjazdu), że z moim budżetem stać mnie tylko na mizerne podróbki tego, co mi obiecywano. Zachęcana do kompromisów, które jeszcze chwilę temu były dla mnie nie do zaakceptowania, czułam się coraz bardziej pod presją. (Jeden z agentów wprost powiedział, że jak się nie zdecyduję teraz, to za tydzień będzie za późno. Na co? Już nie doprecyzował).
I może to zabrzmi naiwnie, ale przez chwilę naprawdę zaczęłam rozważać – kupić „cokolwiek”, żeby już zakończyć ten stresujący proces.
Na szczęście – choć ku niezadowoleniu „agentów” – postanowiłam to jeszcze raz przemyśleć. Wróciłam do mojego Krakowa, rozejrzałam się wkoło i poczułam się tak bezpiecznie, tak wspaniale u siebie, że aż nie mogłam uwierzyć, że nosiłam się z zamiarem przeprowadzki.
Kilka miesięcy później przypadkowo spotkałam dawną znajomą, która pochwaliła mi się, że wybierają się właśnie z rodziną do swojego domu we Fuengiroli koło Malagi. Podzieliłam się z nią moimi perypetiami. Nie mogła w nie uwierzyć. Ona zaczęła dokładnie tak jak ja: znalazła ofertę mieszkania, które przypadło jej do gustu. Wysłała z portalu ogłoszeniowego prośbę o więcej informacji i następnego dnia odbyła ciekawą rozmowę z polskim agentem pracującym w hiszpańskim biurze nieruchomości.
Poprosił ją o szczegółowe określenie, jakiej nieruchomości szuka, i obiecał przygotować ofertę oraz odezwać się za kilka dni. Dwa dni później otrzymała na maila ofertę pięciu, dobrze opisanych mieszkań, które – zdaniem agenta – spełniały jej oczekiwania. Cztery z nich bardzo się jej spodobały i w następnym tygodniu pojechała do Malagi na tydzień, aby je zobaczyć. W międzyczasie jedna oferta się posypała, ale trzy pozostałe apartamenty były dokładnie takie, jak zapewniał agent – i jedno z nich kupiła.
Czekała prawie dwa lata, co i rusz zlecając cierpliwemu agentowi różne poprawki na planie, zamianę wyposażenia itp. Dwa miesiące temu podpisali z mężem akt notarialny, odebrali mieszkanie i właśnie jadą poodpoczywać.
Poprosiłam ją o namiary na tego agenta, chociaż bez zakładania, że podejmę kolejną próbę. I… kiedy tylko doszłam do domu, zadzwoniłam pod przekazany mi numer. Po drugiej stronie usłyszałam przyjaźnie brzmiący głos. W trakcie przyjemnej pogawędki dostałam kilka pytań: czego dokładnie szukam, co jest dla mnie najważniejsze, jaki mam budżet, jak wyobrażam sobie swoje życie tutaj i tym podobne. Poczułam, że ktoś naprawdę mnie słucha. Nikt mnie nie ponaglał, szczerze informował, na co mogę liczyć w zadeklarowanym budżecie, a co jest poza moim zasięgiem.
Przez kilka dni wymienialiśmy się informacjami. Dostałam konkretne propozycje – z mapą, planami, zdjęciami, nawet filmami z drona. I – co, jak się później okazało – wszystko było aktualne, możliwe do zobaczenia na miejscu i dopasowane do moich oczekiwań.
Podczas drugiego wyjazdu obejrzałam już tylko dwie nieruchomości. W jednej z nich – poczułam od razu, że to „to”. Apartament z widokiem na morze, duży taras, jasne wnętrze, południowa ekspozycja, nowoczesne osiedle z basenem i siłownią. Wszystko dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam (no, może troszkę dalej od Malagi, niż planowałam).
Dziś jestem szczęśliwą właścicielką tego miejsca. Wracam tu tak często, jak tylko mogę. Na początku zadawałam sobie i mojemu (już teraz koledze) agentowi pytanie, co robiłam źle, ale on uświadomił mnie, że nie jest łatwo – bez zaufanego wsparcia – dokonać właściwego zakupu w obcym kraju, bez znajomości, bez przewodnika… i że moje przeżycia nie były niczym odosobnionym. Koleżanka po prostu miała więcej szczęścia, a ja trafiłam na dziwnych ludzi – bo w większości hiszpańskie biura nieruchomości przywiązują ogromną wagę do satysfakcjonującej klienta obsługi, a żeby być oszukanym, trzeba naprawdę bardzo się postarać.
Za każdym razem, gdy rano piłam kawę, patrząc na Morze Śródziemne, myślałam, czy nie warto by było podzielić się moimi wspomnieniami. W końcu postanowiłam opisać moje przygody i przekazać – a tym samym podziękować osobom, które mnie tak uszczęśliwiły (T, A – dziękuję).
— Agnieszka Z. z Krakowa

 pisać tutaj...

Udostępnij: 💬 WhatsApp ✉️ Email 🔗 Link